• DSC01096.jpg
  • DSC01104.jpg
  • DSC01119.jpg
  • DSC01154.jpg
  • DSC04070k.jpg
  • DSC04095K.JPG
  • DSC04392a.jpg
  • DSC05377a.jpg
  • DSC06152a.jpg
  • DSC06494a.jpg
  • DSC08334a.jpg
  • DSC08521a.jpg
  • DSC_0001.JPG
  • DSC_0006.JPG
  • IMGP0376.JPG
  • IMGP9004K.JPG

Obowiązki kawalerzysty

... Trudno się Wam dziwić, ale nawet sobie nie wyobrażacie, jak wyglądają nasze konne przemarsze. Oczekuje się od nas przemierzania takich samych tras dziennych jak od oddziałów zmotoryzowanych... Jeśli taki zmotoryzowany oddział ma przejechać sto pięćdziesiąt kilometrów, to jest w drodze mniej więcej od godziny 10.00 do 15.00. Gdy dojedzie do celu, odstawia pojazd i ma wolne. Jeśli my mamy do przejechania wierzchem dziewięćdziesiąt kilometrów, potrzebujemy na to od czternastu do szesnastu godzin, a więc od godziny 4.00 rano do 22.00. Potem od razu trzeba się zająć końmi, co trwa przynajmniej godzinę, a w nocy przez godzinę lub dwie mamy dyżury w stajni. Piechur przemierza w dzisiejszych czasach jakieś pięćdziesiąt kilometrów dziennie. Gdy ma w marszu dwadzieścia minut przerwy, kładzie się w przydrożnym rowie i przymyka oczy. Jeździec musi napoić konie, a żeby to zrobić, nosi wodę z odległości np. dwustu metrów. W piechocie dwie godziny przerwy to dwie godziny odpoczynku i spokoju. Jeździec musi z tego poświęcić pięć kwadransów koniowi: rozsiodłać go i osiodłać, napoić, nakarmić itp. Jeśli wreszcie sam chce coś zjeść, musi jednocześnie trzymać konia. Gdy ma przebyć dziewięćdziesiąt kilometrów, to wierzchem przemierza jakieś czterdzieści, a pozostałe pięćdziesiąt musi prowadzić konia... Czyli odbywa taki marsz jak piechur, plus czterdzieści kilometrów w siodle, co nie jest jakąś drobnostką.

Piechura bolą nogi. Jeźdźca też, bo on również przemaszerował pięćdziesiąt kilometrów i to nie w obuwiu marszowym, a w oficerkach. Tyle że jeźdźca bolą nie tylko nogi - ramiona i biodra ma poobijane od karabinu, siedzenie obolałe, a po kilku dniach spędzonych w siodle odnosi wrażenie, jakby w ogóle nie miał kości. Poza tym piechur porusza się swobodnie, podczas gdy maszerujący jeździec zawsze prowadzi konia. Raz musi go ciągnąć, bo koń ma już dość, raz powstrzymywać, bo się wyrywa do przodu. Piechur w wolnej chwili musi uporządkować swoje rzeczy; jeździec musi się najpierw zająć oporządzeniem konia i konserwacją sprzętu, a na rzeczy osobiste przeznacza czas wolny! Pilot jest narażony przez kilka godzin na szczególnie duże niebezpieczeństwo, chociaż można by zadać pytanie, czy jest ono rzeczywiście większe niż w przypadku innych rodzajów broni. W każdym razie pilot każdego dnia wraca do swej dobrze znanej i urządzonej kwatery, podczas gdy my jesteśmy wiecznymi cyganami. Jako jeźdźcy nigdy nie mamy kwater w miastach, a tylko na wsiach. Duże miasta omijamy z zasady. Jakież znaczenie ma nadłożenie na przykład pięciu kilometrów? Koń robi wszystko, czego się od niego wymaga. Dla jeźdźca i konia nawet najbardziej wyboista droga musi być wystarczająco dobra...

Z listu pewnego kawalerzysty niemieckiego 1. Pułku Jazdy

(Janusz Piekałkiewicz, Wojna Kawalerii 1939 - 1945)

Konie na frontach II wojny światowej

Koń wypełniał swą służbę wiernie i niezmordowanie, u przyjaciół i u wrogów, w skwarze lata i przy zimowych mrozach, na twardym betonie i na wyboistych drogach, na ornych polach i bagnach po kolana, często cierpiąc niedostatek paszy, a rzadko odpoczywając w przyzwoitej stajni, która chroniłaby go przed atakami wroga. To stworzenie jako niemy  świadek brało udział we wszystkim i tylko czasem w jego wielkich oczach widać było niewypowiedziane cierpienie.

Koń, zwierzę obdarzone przez naturę zagadkowym do dziś zmysłem orientacji, był bezbronny wobec nowoczesnej techniki wojennej, a ci, którym służył, potrafili go własnoręcznie - i to w skali masowej - skazywać na zagładę. I nigdy w swej odwiecznej historii koń nie był wykorzystywany tak bezwzględnie jak właśnie podczas II wojny światowej. Rzucano go na czołgi, a całe pułki kawalerii przeprowadzały szarże mimo zmasowanego ostrzału karabinów maszynowych i dział. Koń zawsze był trafiany jako pierwszy. Gdy był zaprzężony do działa albo wozu taborowego, rzadko miał szansę ukryć się albo ujść.

Podczas mroźnej zimy w Rosji konie przy temperaturach dochodzących do minus 50 stopni często stały na zewnątrz przy chałupach, żywiąc się zmurszałymi, drewnianymi gontami i zgniłą słomą z dachów. W Niemczech "dla führera i Vaterlandu"wyruszyło w pole 2,75 miliona koni (wliczając w to muły), a więc blisko dwukrotnie więcej niż podczas I wojny światowej. Armia Czerwona, wierna tradycjom kawaleryjskim, włączyła do walki ponad 3,5 miliona koni; nigdy się nie dowiemy, ile z nich przeżyło ową masakrę.

II wojna światowa była czasem tragicznym nie tylko dla człowieka. To wielkie umieranie koni trwało od pierwszej aż do ostatniej godziny wojny: po stronie Rzeszy Niemieckiej dziennie traciło życie średnio 865 koni. Każdy, kto przeżył II wojnę światową, nigdy nie zapomni obrazu tych niezliczonych końskich ciał leżących na poboczach dróg. Wraz ze swymi dwunożnymi partnerami w kotle pod Stalingradem straciło życie około 52 000 koni, a każdy okres błot i każda rosyjska zima zbierała wśród nich obfite żniwo śmierci. To wszystko niczym w porównani z tragedią na Krymie. Gdy wiosną 1944 roku do otoczonej na Półwyspie Krymskim niemieckiej 17. Armii dotarł wreszcie rozkaz-ocalenie o wycofaniu się, był on jednocześnie wyrokiem śmierci dla koni: nie można ich było odtransportować, a pozostawienie Sowietom nie wchodziło w rachubę. Na rozkaz dowództwa kilkadziesiąt tysięcy koni podprowadzano szeregami na brzeg stromego urwiska, rozstrzeliwano i zrzucano w przepaść.

Janusz Piekałkiewicz, Wojna Kawalerii 1939 - 1945